niedziela, 29 maja 2016

Recenzje...#12

"Ludzie z wysp" Elizabeth Gilberth
Wyd. REBIS, 412 str.
Ocena: 3,5/5
Na początku historia po prostu się "wlecze", autorka powoli opowiada historię obydwu wysp- o ich powstaniu, dziejach, ludziach, połowie homarów. Dla tych, którzy nie są cierpliwi zapewne odłożą książkę na bok, może do niej kiedyś wrócą, a może pozostaną z przekonaniem, że jest ona po prostu nudna. Ale dla tych wytrwałych... ta lektura naprawdę jest inna niż wszystkie inne.

"Ruth lubiła spać na podłodze, ale miała dziwne sny. Śniło jej się, że duch prawujka Pommeroyów gonił ją, aż do kuchni, gdzie gorączkowo szukała noża, by go dźgnąć."

Sama miałam mieszane uczucia, ale w momencie, kiedy poznajemy Ruth- główną bohaterkę, akcja nabiera tempa.  Dopiero po wydarzeniu narodzin Ruth, możemy zagłębić się w relacje pomiędzy mieszkańcami Fort Niles. Chociaż autorka, jako narrator, prowadzi nas przez losy Ruth, jak i innych bohaterów, potrafi zgrabnie połączyć przeszłość z teraźniejszością. Wtedy, gdy sądziemy, że już wygodnie siedzimy i zagłębiamy się w tę konkretną historię, zaraz narrator zaczyna opowiadać  o czymś zupełnie innym.

My, jako czytelnicy wkraczamy do życia Ruth w momencie jej narodzin, kiedy Senator Simon Addams trzyma Ruth w swoich dłoniach i rozczula się nad jej postacią. Potem zgrabnie omijamy kilka pierwszych lat życia głównej bohaterki, aby zahaczyć o najważniejsze wątki jej historii. Niektóre z nich, jak na przykład zniknięcie matki Ruth- Marii- zostaje wyjaśnione o wiele, wiele stron dalej, przez, co autorka pozwala nam snuć domysły, ale i tak sama zamyka takowy wątek.

"-Mam zasadę, że karmię go kiedy tego chce-powiedziała Opal- Jeśli je, to znaczy, że jest głodny. Wczoraj zjadł trzy hot dogi.
-Opal!- wykrzyknęła Pani Pommeroy.- On ma dopiero dziesięć miesięcy!
-Nic na to nie poradzę.
-Nic nie poradzisz? To sam sobie je wziął?- zdziwiła się Ruth."

Oprócz Ruth, poznajemy jej ojca Stana Thomasa, matkę: Mary Thomas, sąsiadkę Panią Pommeroy, jej siostry- Kitty i Glorię. Siedmiu synów Pani Pommeroy: Webstera, Conwaya, Johna, Fagana, Timothyego, Chestera i Robina. Poławiaczy homarów: zarówno z wyspy, z której pochodzi Ruth: Fort Niles, a także Courne Haven. Brata przyjaciela ojca Angusa oraz brata Angusa- Senatora Simona a także pewną osobistość, jaką jest starszy Pan Ellias i jego rodzina.

Chociaż książka jest trudna (długie opisy poławiania homarów lub szukania ciosów przez Webstera) to jednak warto ją przeczytać. Na co dzień sięgamy po przyjemne lektury: nie ważne z jakiego gatunku, gdzie akcja toczy się gładko, a nawet jeśli jest skomplikowana, to jednak nie odbiega od naszego toku rozumowania. Relacje są takie, jak być powinny. Nawet jeżeli są skomplikowane i pewne zachowania trudno wyjaśnić, to i tak mieści się to w granicach naszego oczywistego rozumowania. Tutaj Gilbert oferuje nam coś niebanalnego. Moje skojarzenie z wyspą i jej mieszkańcami, to była Polska wieś, gdzie każdy zna sąsiada, wie na, co go stać, skąd pochodzi jego rodzina, jakie są koligacje rodzinne... zna jego tajemnice i wady, a plotkom nie ma końca... I chociaż każdy tak dobrze się zna, to jednak Ci mieszkańcy nie mają do siebie, aż tak dużego zaufania. Tam, gdzie wszyscy znają się "na wylot" nie może być mowy o prywatności. I to nam serwuje autorka. Pokazuje, jak funkcjonuje mała społeczność, a przedstawia nam historię wyspy z perspektywy wielu lat, a nawet wieków- a wszystko to z pokolenia na pokolenie. Autorka nie częstuje nas słodkimi babeczkami, lukrowanymi pączkami, ani schłodzonym szampanem. Pozwala nam odkryć prawdę, że nie zawsze jest tak przyjemnie, że gdy spotykają nas trudności- potrafimy zabluźnić, że bluźnimy nie tylko wtedy, gdy jest źle, ale używamy tych "przecinków" na co dzień- w rozmowie z drugim człowiekiem. Gilbert nie ubiera niczego w piękne, dobrze brzmiące słowa, nie traktuje czytelników, jak małych dzieci, które mogą przerazić się prostą rozmową pomiędzy dwojgiem "wiejskich" ludzi.

"-Mój nowy zięć nie jest największym bystrzakiem na wyspie. Słyszałem, że przez jakiś czas chcieli, żeby nadzorował latarnię na Crypt Rock. Cóż, nie udało się. O dziewiątej Charlie wyłączył światło. Spytali go dlaczego, a on na to:"O tej godzinie wszyscy porządni ludzie powinni być dawno w łóżku". Racja! Gaś światło, Charlie!"

Chociaż książka zauroczyła mnie tym, co wyżej opisałam, to jednak budowane napięcie pozwalało mi uwierzyć, że zakończenie będzie zupełnie inne, a tak jest sielankowo, przyjemnie, a co najważniejsze- z morałem.

4 komentarze:

  1. Autorkę kojarzę z jej poprzedniego dzieła i myślę, że wkrótce spróbuję przeczytać jeszcze coś spod jej pióra, bo "Jedz, módl się, kochaj" bardzo mi się podobało :)
    Justyna z livingbooksx.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam tę książkę już długi czas na swojej półce i nadal nie miałam okazji jej przeczytać, Przyznam, że przypomniałaś mi o niej. Na razie chcę przeczytać coś lekkiego, ale niedługo może faktycznie po nią w końcu sięgnę ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam tę książkę na uwadze, może uda mi się jeszcze wcisnąć ją w czerwcowy grafik. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja do tej autorki zraziłam się po "Jedz, módl się, kochaj", zaczęło się nieźle, a potem tak mnie ta książka zmęczyła, że nie doczytałam jej do końca do tej pory. I jakoś nie wiem czy sięgnę po kolejną pozycję. Na razie na pewno nie :)

    A ten "Wiek cudów" brzmi interesująco! Ja lubię klimaty postapokaliptyczne, a ta książka nawet się wpisuje. Już na początku jak wyszła, to na każdym przystanku ją reklamowali i chciałam ją kupić, ale potem zapomniałam, najważniejsze, że nadrobiłam zaległości!

    Ja na pewno spróbuję ryb, bo u mnie w domu się ich nie jada, ja lubię łososia, więc może poeksperymentuję też z innymi rybami :)

    OdpowiedzUsuń

Zainspiruj mnie... :)