wtorek, 10 stycznia 2017

#1. "Moja droga Aleksandro" i "Dziewczyna, którą kochały pioruny"


Krótko i na temat, ale zawsze treściwie. Początek dosyć chaotyczny, ale z biegiem czasu... a może raczej po kilku stronach czytelnikowi wszystko się rozjaśnia i wskakuje na odpowiednie tory. Mamy tutaj do czynienia z historią wielopokoleniową: czyli to czego możemy się u Siesickiej spodziewać. Cztery pokolenia kobiet są uwikłane w chaos niedomówień i postawionych oczekiwań. Te niedomówienia są wynikiem oczekiwań często narzuconych przez społeczeństwo, młodość czy różny typ osobowości. Początek historii rozpoczyna się od rozmowy Luizy i Bartka, a także ich córki Zuzanny. Jak widać, brakuje nam jeszcze dwóch postaci, aby cztery pokolenia mogły zostać nam przedstawione. Luiza wraz ze swoim mężem i córką zmierza do Świętej Magdaleny, do wsi, do której przyjechała, gdy była nastolatką, aby uciec od problemów i braku zrozumienia za strony matki. Jednakże zanim dojedzie do tej wsi, prosi męża, aby zawrócił...


Ta wieś kojarzy się Luizie z jej czasem przemian, kiedy to jako nastolatka chciała wyegzekwować od własnej matki zachowanie, które... miało być "normalne", czyli takie, jakiego życzyłaby sobie Luiza. Co to miało oznaczać? Tylko, a może i aż tyle, aby matka zwracała na nią większą uwagę niż w momentach, kiedy karze jej obrać ziemniaki czy wyszorować kafelki w łazience. Aby Luiza mogła dojrzeć... potrzebuje ciszy, szumu wiatru, słońca i swojej babci - Maryśki.

Historia jest krótka, ale pokazuje nam to, co może w prawdziwym życiu nam umyka. Rzuca nam w twarz oczekiwaniami, które inni przed nami stawiają, nie pamiętając o tym, że sami również te oczekiwania stawialiśmy przed innymi. Historia zatacza koło... a jakie będzie rozwiązanie tej historii?

*

"Dziewczyna, którą kochały pioruny" jest lekką i młodzieżową historią o dziewczynie imieniem Mia. Ma swoją moc/dar, a może jest to przekleństwo... pioruny, ją ubóstwiają, a burza potrafi ją odnaleźć... nawet w najsłoneczniejsze dni. Znamy wiele przypadków ludzi, którzy zginęli od rażenia piorunem, ale są też historie o tych, którzy to przeżyli. Mia należy do tej drugiej grupy ludzi. Rażenie piorunem utrudnia jej życie, nie może normalnie funkcjonować, jak normalna dziewczyna, nie dosyć, że boryka się ze szkolnymi problemami, to jeszcze musi pamiętać o sprawdzaniu pogody i śledzeniu burz. Po pewnym tragicznym w skutkach zdarzeniu, wraz z mamą i młodszym bratem przenoszą się do Los Angeles... gdzie słońce wiecznie króluje na niebie.

Jednakże, tam gdzie jest Mia muszą być kłopoty. Tym razem jest to przepowiednia końca świata, którą wygłasza samozwańczy Prorok. Po trzęsieniu ziemi w Los Angeles wielu ludzi zostaje bez dachu nad głową, inni zginęli pod gruzami, a Prorok nawołuje, aby uwierzyć w jego przesłanie i to, że Bóg przez niego przemawia.

Historia jest krótka, ma potencjał, to uważam, że nie został on należycie spożytkowany. Wcześniej nie spotkałam się z taką tematyką i liczyłam na znacznie więcej, niż opisy wzdychania do bohatera płci męskiej. Główna bohaterka - chociaż przeżywa wiele rozterek, ma na głowie miliony problemów związanych z matką i bratem, jakoś lekko brnie przez trudy historii. Zbyt mało pogłębiona i przedstawiona osobowość wielu barwnych postaci sprawiła, że książka tak właściwie nie opowiada o niczym konkretnym. Z góry można założyć, że wszystko skończy się szczęśliwie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zainspiruj mnie... :)