wtorek, 31 stycznia 2017

#5 "Hotel Marigold"

Okładka: Ciekawa, przykuwa wzrok. Nie jest to twarda oprawa, ale daleko jej do bardzo miękkiej okładki. Jako, że jestem sroczką, to od razu zwróciłam uwagę na te kolory, które nasuwają myśl o Oriencie i kulturze Wschodu.

Historia i Bohaterowie: Można by rzecz, że historia nie jest zbyt wesoła. Życie przemija, czas płynie nie ubłaganie, my się zmieniamy, mamy inne oczekiwania, niekiedy rzeczywistość nie jest w stanie spełnić naszych wyobrażeń. I tak jest to przedstawione w książce "Hotel Marigold". Starość, brzydota, dziwne przyzwyczajenia... śmierć. ALE! Przepraszam, że wprowadzam Was w błąd. Oczywiście, że książka jest o tym, jak to jest na starość, ale bohaterowie chociaż myślą o śmierci to potrafią niejednokrotnie zaskoczyć czytelnika swoim humorem, <niekiedy czarnym humorem>, pomysłowością i siłą, nie tylko tą fizyczną. Autorka zasypuje nas... bohaterami. Musimy być cierpliwi i naprawdę się skupić, aby nie przeoczyć ważnych faktów z życia bohaterów. Poznajemy Normana, upierdliwego ojca Pauline i teścia Raviego- lekarza, ale co najważniejsze hindusa. Nie cierpi swojego teścia, a Norman to wykorzystuje, jeszcze bardziej uprzykrzając życie Raviemu. Jest też Evelyn, mieszkająca w domu opieki, można by rzec, że porzucona przez swoje dzieci: Theresę, która interesuje się hinduizmem i Christophera poddanego swojej apodyktycznej żonie. Nie można zapomnieć o Dorothy, byłej dziennikarce BBC, aktorce, tancerce... A Państwo Ainslie? Wciąż podróżujące, które w swoim życiu zwiedziło wiele państw? No tak, jest jeszcze Muriel, która w ostatnim czasie dwukrotnie wylądowała w szpitalu, obawia się o swoje życie, jest podejrzliwa i nieufna... Co takiego ich łączy? Wspólne mieszkanie pod dachem hotelu Marigold, inwestycją Raviego i jego kuzyna Sonny'ego - również hindusa.

Autorka: Deborah Moggach to brytyjska pisarka, która napisała Tulipanową gorączkę, jest także twórczynią scenariuszy filmowych i telewizyjnych. Gdy szukałam informacji o jej książkach, dowiedziałam się, że jest tak, jakby druga część Hotelu Marigold - Hotel złamanych serc

Wrażenia: Wow. Wow. Wow. Jest dobrze. A nawet, bardzo dobrze. Dawno tak się nie uśmiałam. Książkę pochłonęłam w dwa dni i chciałabym WIĘCEJ. Może nie każdemu przypadnie chęć czytania o starszych ludziach, ale cóż... nie oszukujmy się, każdy z nas będzie kiedyś dziadkiem lub babcią. Pełna humoru i wielowątkowa opowieść przeniosła mnie do hotelu Marigold, aby razem z bohaterami przeżywać wszystkie rozterki, a także cieszyć się z zachodzącego słońca. Można by uznać, że jest to lekka książeczka do podusi, ale pod płaszczykiem zabawnych zdarzeń są ukryte prawdziwe, przykre historie. Można z tej książki wiele wynieść, na pewno to, że na starość ludzie zostają sami, o ile ich dzieci bądź wnuki się nimi nie zajmą. Najczęściej pozbywają się rodziców lub dziadków i oddają ich do domów spokojnej starości. Wiadomo, takim ludziom potrzebna jest specjalistyczna opieka... Ale przydałoby się... odwiedzić takie osoby i spędzić z nimi czas.

Ekranizacja: Czy jesteście wstanie uwierzyć, że nie byłam w stanie obejrzeć filmu do końca? Ja, wierna temu, że oddzielam książkę od filmu, próbuję traktować je jak odrębny byt, poległam w połowie? Po prostu, od tak wyłączyłam. Czy zamierzam powrócić do filmu? Na pewno tak tego nie odpuszczę, ale... dajcie mi ochłonąć. Ekranizacja, jak to zwykle bywa jest poszatkowana, najciekawsze momenty z książek zostają, gdzieś głęboko upchnięte <ale nadal mieszczą się w kadrze>, zostają zmienione lub po prostu ich nie ma. Chciałam się uśmiać, książka mnie przecież bawiła - a tutaj śmiech przez łzy. Charakterystyczne cechy książkowych bohaterów zostały przypisane innym postaciom... zaczęłam głupieć. Sięgnęłam po książkę i starałam się dopasować... ale cóż, nie wyszło. Jeśli ktoś nie chce czytać książki to niech sobie obejrzy film... inaczej sobie tego nie wyobrażam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zainspiruj mnie... :)